Tutaj

Tutaj
Tu, gdzie przed 20 laty zaczęła się moja przygoda z UK.

sobota, 6 lipca 2013

Reunion Party- IX Zjazd II LO im.J.Chreptowicza.



Z Marzenką.


 Dawniej / dawno, dawno temu/, gdy skręcało się za „dwójką”, prowadziła  nadal ulica Polna, mijało się blok z ładnymi balkonami, a za nim budynek OPBO z taką jakby  wymurowaną zjeżdżalnią przy schodach. Tam chodziliśmy dzwonić, gdy była potrzeba w nagłej sytuacji, a na końcu tej małej  bocznej alejki  wybudował się „Chreptowicz”. Najlepsze liceum w mieście przeniesione w połowie lat 60. z niedalekich okolic, również ulicy Polnej. Przed budynkiem  szkoły  przez kilka lat  został tam tzw. barak / nie mylić z Obamą/, czyli  drewniany dom wielorodzinny. Parę metrów dalej usadowiono wygodnie mój blok, z numerem  Polna 52f. Na podwórku mieliśmy krzewy agrestu i porzeczek, rosły też drzewa owocowe, pamiętam morwy,  nie wiem do kogo należał ten smaczny ogród i sad. Może do właścicieli domów, które stoją do dzisiaj, szczególnie obszernej posiadłości rodziny Kitlińskich i Leśniewskich? U tych ostatnich czułam się jak w filmie, tak bardzo chętnie zanosiłam lekcje mojemu koledze Andrzejowi,  jego  piękna mama grała na fortepianie i częstowała mnie ciastem podanym na wytwornym talerzyku. Po wielu latach przed blokiem wybudowano betonowe garaże i takież chodniki, ciekawe , kto dał na to pozwolenie?  Zniszczyli nasz gaik. Ale to  już nie było za czasów mojego dzieciństwa i młodości. Rodzice mieszkali tam do 1978r. Wcześniej, pewnie w latach prosperity budowlanej lat 70. do istniejącego budynku OPBO dobudowano jeszcze jedną socrealistyczną bryłę, firma się rozrastała  i zasłonięto mi widok szkoły, który miałam z okien kuchni. Jeszcze  w podstawówce, kiedy  zajadałam śniadanie, lubiłam obserwować uczniów idących rano do szkoły.
Jola w czerwonym, koleżanka z bloku, Marzenka w okularach z sąsiedztwa.
 Okna były chyba wtedy niżej i widziało się dobrze sylwetki osób. Mieszkałam na parterze. Zawsze podkochiwałam się w kolegach starszego brata. Teraz podobają mi się młodsi koledzy, vide zdjęcie.
 Odkąd poszłam do szkoły, jako grzeczne 7-letnie dziecko, wiedziałam, że kiedyś będę się też uczyć w legendarnym wtedy „ Chreptowiczu”. Tam chodziły takie ładne dziewczyny, nie nosiły fartuchów, jak my w podstawówce, ale modne ciuszki.  Miałam koleżankę z tego baraku, który stał  przed  samą szkołą, nazywała się Małgosia B., ona z pewnością nie chodziła potem do „Chreptowicza”. Większość rodzin w tamtych czasach żyła skromnie, ale ci z baraku jakby naznaczeni stygmatyzmem ubóstwa, ale ja tego nie rozumiałam sięgając w przeszłość .  Bardzo bym była rada usłyszeć, że dzieci z baraku osiągnęły sukces życiowy. Znam jedną rodzinę, którą poznałam na Rosochach, wiedzie im się przyzwoicie,  ich  dorosłe  już dzieci  są w Anglii. Kiedy barak rozebrano, chyba w III klasie naszej podstawówki  Małgosia  zmieniła szkołę.  Siadałyśmy nieraz na  drewnianych schodkach, jako piegowate małe dziewczynki  i patrzyłyśmy na te panienki z liceum. Pamiętam, że były też modnie ufryzowane, w jakieś koczki i kitki. Jedna z nich, szanowana w naszym mieście nauczycielka ten koczek nosi do dziś. Ja czesana byłam w warkocze.
Impreza plenerowa na Krzemionkach.
 Niedługo potem, przed naszym ogrodowym podwórkiem wybudowano kolejne bloki, stały one już przy ulicy Iłżeckiej. Najpierw kopano głębokie doły i mama zabraniała mi tam chodzić, a potem stawiano fundamenty, jeszcze z pustaków i cegieł. Taka cegła, bo za kolejnym razem już tam chodziłyśmy się bawić, spadła mi na nogę z wysokości i mam do tej pory bliznę.
 W tych blokach zamieszkało  wkrótce moje szkolne późniejsze  kumplostwo, Marzenka , Bodzio i inni.
Z mojego bloku, gdzie znaliśmy się niemal od urodzenia, parę osób ukończyło edukację w  „Chreptowiczu”,
Od lewej Basia, Dorotka, Jola, Ela, ja i Marzenka. W klasie polonistycznej.
 Jola Karbowniczek, Dorotka Jurysówna, siostry Piotrowskie, mój brat, to nasze dwie klatki, z pierwszej nie pamiętam, bo przyjaźniliśmy się klatkami. Słynny trzepak i zabawy na nim też były obecne w naszym dorastaniu, taka dodatkowa lekcja gimnastyki.
Ten blok z ładnymi balkonami  przy Polnej 52 to był jakiś uprzywilejowany, rodzice tamtejszych koleżanek pracowali w bankach, byli dyrektorami jakichś lokalnych zakładów, tak coś pamiętam , ale socjalistyczna równowaga kazała tam zamieszkać również szarym obywatelom. Jeden mój kolega stamtąd powtarzał klasę dwa razy, ale wyróżniał się dużą urodą, Romek Przygoda, nomen omen. Mieszkała tam na pewno Lidzia Gołąbkówna i siostry Wawrylakówny, dziewczynki z dobrych domów. Dobrze pamiętam, jak wyglądali ich rodzice,eleganckie mamy i dostojni  tatusiowie.
Z ulicy Mickiewicza, Polnej to wiadomo, Iłżeckiej, Kopernika i Sienkiewicza  nie w całości, bo tamci zostali zabrani do „ czwórki”, np. Ilona Domagalska,  pozostali  chodziliśmy do „dwójki”, niektórzy  przez  8 lat. 
Od lewej Ela, Szymek- klasowy przystojniak, ja, Dorota, Jola, Ilona, Małgosia.
Jeździliśmy na obozy harcerskie, a potem desantem wylądowaliśmy w  „Chreptowiczu” i wygnańcy z „czwórki” powrócili w nasze wesołe szeregi  i nowi z osiedla Słonecznego.
Spotkanie mojego koleżeństwa, utrwalonego poczwórnie -  dwie szkoły, podwórko i wspólne wakacje, to  najpiękniejsza  impreza  jakiej można doświadczyć.
Bożena, Jacek, Jola, Krzysiu i Grażynka podchodzi.
 Ci, co zostali w Ostrowcu wykonywali zawody, które również umożliwiały nam spotkania, nauczyciele, lekarze, urzędnicy biurowi. Znamy się całe nasze życie, pamiętamy naszych młodych Rodziców, nasze rodzeństwo się przyjaźniło, czasami wśród przyjaciół z podwórka znajdowaliśmy przyszłych życiowych partnerów. I życie toczyło się dalej. Gratulowaliśmy sobie pierwszych dzieci, nowego mieszkania na Stawkach , Rosochach, pracę każdy miał, nie było czego czcić.  A potem , kiedy demokracja wybuchła celebrowaliśmy  nowe domy, zakładane firmy i coraz lepsze samochody, czasami nowych mężów i już wnuków. Umierali  powoli nasi rodzice.
Przed szkołą. Piękne dziewczynyz Ostrowca i chłopaki przyjechali  aż ze Szczytna i Elbląga.

Ja zawsze byłam typem osoby społecznej, od początku pracowałam w samorządzie szkolnym dwóch szkół, uczestniczyłam we wszystkich możliwych dla mnie konkursach i akademiach szkolnych, czynnie pracowałam w harcerstwie ,prowadziłam gazetki szkolne itd.
Najlepsze polonistki i recytatorki naszego rocznika. Ela i Grażynka.
 Znałam mnóstwo ludzi i nadal tak się dzieje, świętowaliśmy nasze kontakty, utrwalaliśmy je  na różne znane towarzyskie sposoby.
II Liceum Ogólnokształcące dało mi gruntowną wiedzę, nie bez przyczyny  szli tam tylko wzorowi uczniowie, innym ciężko było przetrwać. I wiem teraz, że szkoła była wyjątkowo indoktrynowana w latach 70.,
 partyjni dyrektorzy, hasła  socjalistyczne, którym teraz z kronik robiliśmy zdjęcia, np. Związki Zawodowe przyjacielem młodzieży/ to nawet nie takie złe- zalążek Solidarności?, haha/, ale wymagano  bardzo dużo i niektórzy traumatycznie wspominają lekcje. Ale czy my wtedy świadomi byliśmy indoktrynacji? Mieliśmy oryginalnych,  bardzo wymagających i nietuzinkowych profesorów, dostawaliśmy się na studia, często najlepsze w kraju uniwersytety. 
W białym płaszczyku pani prof. Pękalska.

Przysłowiowe okno na świat otworzyła mi pani od angielskiego, niezapomniana Zocha Świątkiewiczowa. 
  Od tamtych czasów moim najlepszymi narzeczonymi byli obcokrajowcy, aż w końcu znalazłam męża z daleka. Mówiłam już w liceum po angielsku, tak Zocha nas dobrze kształciła i chętnie ćwiczyłam tę umiejętność w Warszawie na Starym Rynku, kiedy odwiedzałam starszego brata, który studiował w  stolicy. A to hasło po łacinie w świetlicy szkolnej, non scholae sed vitae discimus…  najbardziej słuszne, jak pokazuje życie.
Znajomość historii i pasja do niej pomogła mi wiele lat potem w zawróceniu głowy  amerykańskim weteranom walk na II Froncie i na Pacyfiku,  sąsiadom mojej amerykańskiej teściowej  z  Palm Beach County.
W środku profesorka od historii, pani Sokołowska i koleżanki z rocznika.
  A geografia, wcześniej rozwijana w „dwójce” przez  druhnę Januszową,  panią Nowińską z kontynuacją pani Doreckiej stała się drugą moją pasją,  nienasyceniem podróżowania. Książki przeczytane na języku polskim i w ogóle spowodowały moje zapatrzenie i zasłuchanie w ten cały bogaty refleksyjny świat. Czasami przeszkadzały być twardym w biznesie, ale pomogły w funkcjonowaniu w filozoficznej intelektualnej Francji.
Na zdjęciu z panią prof. od polskiego- Teresa Jasińska-Śliwka.
Na koniec chciałabym krótko wymienić moje koleżeństwo z Polnej 54-dawny adres szkoły, obecnie Rosłońskiego 1,  z którymi tak wspaniale było się znowu spotkać na Zjeździe „Chreptowicza” , wspólnie poszaleć i pośpiewać wyzwoleńcze pieśni. 
Grupa z mojego rocznika.
  Mam nadzieję, że nie znikniecie mi z oczu- Ilona Domagalska, Dorota Czarnecka, Marzena  Gwoździkówna, Dorota Jurysówna, Jola Karbowniczek, Małgocha Zającówna, Bodzio Grochowski, Jacek Klucznik, „Wężu „ Tylski, Grażyna Gajewska, Jola Kozłowska,
Z  Jolą i Bodziem.
 Bożena Karpińska, Piotrek Radosz, Leszek Lipiec, Ela Migasówna, Ania Hojnowska, bracia Chmielewscy, Jola Kaczmarska, sorry, pominęłam wiele nazwisk.
Sadzimy dąb na pamiatkę.

Spotkamy się za 5 lat, tacy już starzy , ale nie powiemy czas odchodzić, zakrzyczymy znowu nasze młodzieńcze piosenki!  Le voila! Sic vita est et aussi la vida es un frenesi, una ilusion, una sombra e una ficcion. Nie da się tego uniknąć.
A dzisiaj są mojej córki Dominiki  24-te Urodziny!

16 komentarzy:

  1. pieknie sie czytalo i przypominalo...
    Pozdrowienia Alu - Jacek

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję, z przyjemnością przeczytałam.
    Pozdrawiam Cie - Gosia

    OdpowiedzUsuń
  3. To było wspaniałe spotkanie! Ja teraz w mojej Gajówce, a tu nie zawsze jest dostęp z powodów technicznych.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyglada cudownie , ale ja chyba balabym sie isc na takie spotkanie... Co innego kilka osob, ale cala klasa, profesorowie....brrrr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała szkoła! Profesorowie po wielu latach od matury są to mili starsi panowie i nobliwe starsze panie, jak my sami niemalże:) Chyba, że byli bardzo młodzi, kiedy nas uczyli, czasami tak się zdarza.
      Dlatego na zjazdy trzeba jeździć, gdy osiągnie się pewien wiek, około 40-stki można zacząć. Moja szkoła ma bardzo długą tradycję zjazdów/ od 1958r/,kolejne coraz lepsze!

      Usuń
  5. Widzę, że to było miłe spotkanie a ze szkoły masz miłe wspomnienia. Pozdrawiam serdecznie. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Niezwykle gorąco Ci dziekuję za linka do Twoich wspomnień zjazdowych. Ja nie chodziłem do Chreptusa, lecz do Bronka. Za to żonę mam z Chreptowicza, hehe. No, ale wiadomo, że tam były najładniejsze dziewczyny - tylko nie mów moim koleżankom z Broniewskiego . Moja żona tym razem nie wybrała się na zjazd. Zachęcałem ją do tego, ale bezskutecznie. Jeździ co pięć lat na zjazdy swojej klasy i byliśmy oboje na 90-leciu Chreptowicza. Mnóstwo nazwisk wymieniłaś osób, które znałem. Ciekaw jestem co dzieje się z Lidzią Gołąbkówną? Ze starszą Wawrylakówną chodziłem do pierwszej klasy w Dwójce, a moja mama i jej tata pracowali w OZMO. Mieszkałem na ulicy Iłżeckiej. Po pierwszej klasie była zmiana rejonizacji i przenieśli mnie do Szóstki. Potem niemal co rok próbowano mnie przenieść do Dwójki, ale tym razem rodzice już się zbuntowali. Jeszcze raz gratuluję pięknego zjazdu i dziękujemy razem z żoną za Twoje wspomnienia. Beata I Zbyszek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lidzia Gołabkówna jest dyrektorem banku BGŻ, pięknie wyglada, jakby się nie zmieniała, zawsze szczupła i bardzo elegancka, mignęła mi gdzies na Zjeździe. Często ją widuję, bo córka ma konto firmowe w tym banku, a ja tam tez załatwiam sprawy.
      Iwona Wawrylakowna jest szkolnym pedagogiem, a młodsza Urszula mieszka w Krakowie.

      Usuń
  7. Alu,
    doskonale prezentowałaś się na zdjęciach, moje ulubione to, to z
    Marzenką, niczym piękne hostessy. Nostalgiczny tekst też wprowadził mnie
    w nastrój tęsknoty za tym, co "se ne wrati"... a szkoda...Iwona.

    OdpowiedzUsuń
  8. Alu – dziękuję za piękne wspomnienia, przywołałaś nimi u mnie zdarzenia już zatarte, zakurzone –chcę jakby dopełnić ( choć w części) Twój opis ludzi i miejsc tak dobrze mi znanych, czuję się wręcz przymuszony, by to zrobić – nigdy przecież nie będzie na to dosyć czasu, inne sprawy (ważniejsze) ciągle będą spychały na później potrzebę utrwalenia tego co było. A było tak, że w 1967 r zamieszkałem w bloku przy ul. Iłżeckiej 71 (prawdopodobnie to tam upadła Ci na nogę cegła) , od Twojego bloku oddzielała nas posiadłość rejenta Kitlińskiego, choć zimą, gdy liście opadły z moich okien widać było Twoją siedzibę w całej okazałości ( pode mną mieszkała Marzenka Gwoździk z bratem Mariuszem). Pamiętam owocowy „gaj” wyznaczony ogrodzeniem posesji P. Kitlińskiego, ogródkami warzywnymi mieszkańców Twojego bloku ciągnącymi się aż do ściany parterowego baraku od strony Chreptowicza i wreszcie posiadłością pana Kopery. W tym „gaju” pośrodku rosła rozłożysta jabłoń, na której szczyt lubiłem się wspinać o każdej porze roku wracając po lekcjach z „dwójki” i stamtąd obserwowałem okolicę, był tam i trzepak - miejsce zbiórek okolicznej dzieciarni i przyrząd do ewolucji gimnastycznych. Ale jabłoń stawała się także fragmentem bramki, gdyż rozgrywaliśmy tam szereg meczy w piłkę nożną, trzeba było dryblować nie tylko zawodników z przeciwnej drużyny ale także uważać na rosnące wokół drzewa i mijać je slalomem – gdy któryś spośród nas wyróżniał się umiejętnościami, to miał szansę zagrać ze starszymi kolegami prawdziwy mecz na boisku „dwójki” – było o wiele większe niż teraz i nie miało asfaltu. Z Twojego bloku znałem szereg chłopaków, przyjaźniłem się z Mariuszem Koziełem i Januszem Żaczkiem, gdyż razem chodziliśmy do jednej klasy w szkole podstawowej, natomiast innych po prostu znałem : Jarka Grabowskiego i jego brata, Zenka Karbowniczka, Asia Sołtysa i jego brata, Irka Sarzyńskiego, Wronę, Palucha, Augusta i Waldka (dwóch braci + ich dwoje rodzeństwa –wszyscy mieszkali na IV piętrze w klatce Janusza Żaczka) i innych, których nazwiska zatarły mi się w pamięci. August był dowódcą oddziału wojskowego, który wszyscy tworzyliśmy – wyposażeni w pomalowane na czarno drewniane karabiny noszone na sznurku. Puszka od konserw przybita od dołu gwoździem udanie symbolizowała pepeszę, a na wyposażeniu oprócz zwykłych kbk były także bergmany i schmeissery. Walki staczaliśmy z wyimaginowanym przeciwnikiem zazwyczaj w piwnicach Twojego bloku ( bo były na przestrzał przez wszystkie trzy klatki) ale nasz oddział wspaniale się prezentował zwłaszcza w okresie ferii, gdy dowodzeni przez Augusta krokiem marszowym szliśmy od Polnej do Iłżeckiej i z powrotem, było na co popatrzeć – była to także demonstracja siły i sygnał dla okolicznych, żeby nie ważyli się z nami zadzierać, bo będzie żle….. Dziewczyn z Twojego bloku ówcześnie nie znałem, gdyż byłem pochłonięty piłką nożną i innymi sportami. Jeszcze w VII klasie na pytanie - kim chciałbyś być w przyszłości ? – odpowiadałem – znanym sportowcem….
    Bodzio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bodziu, wzruszyłeś mnie bardzo, tak dużo szczegółów pamietasz. Jarek Grabowski nie zyje juz od paru lat, mieszkał potem na Słonku, gdzie teraz moja córka. Nie zyje tez Mirek Staszczyk, mieszkał na parterze naprzeciwko mnie. Tych z 3.klatki najmniej pamiętam, ale w Auguście się podkochiwałam, chyba z powodu imienia. Jego brat był o wiele brzydszy. Waszych wojskowych marszy nie pamietam, ale były chyba pod wpływem filmów z epoki, Stawki i Czterech pancernych. Ja wyjmowałam siedzenie z krzesła i wchodziłam pod stół do czołgu, jakby Marusia, koniecznie, bo Lidki nie lubiłysmy.
      Te piwnice zaowocowały jeszcze jednym wypadkiem dla mnie, zahaczyłam o gwóźdź ręką i mam też taki siny ślad do tej pory.

      Usuń
  9. Wracam teraz do parterowego baraku mieszkalnego, który stał naprzeciwko budynku Chreptowicza – przypomniała mi się zabawna historia, której byłem świadkiem. Otóż będąc bodaj w IV klasie wracałem po lekcjach do domu i zatrzymałem się na wysokości baraku, zauważyłem, że pan z czerwoną twarzą wywiesił za okno pęto kiełbasy, aby podsuszyło się w czerwcowym słońcu ( wieczorem miało być użyte w charakterze zagrychy). Czerwona morda co kilka minut wychylała się sprawdzając, czy wszystko jest w porządku – nagle moją uwagę przykuł szaro-bury kot - zwabiony zapewne zapachem zaczął się skradać do jego źródła. Czerwona morda wychylała się z okna regularnie ale jakby rzadziej, kot podskoczył, pochwycił pęto i zaczął uciekać w stronę Twojego bloku (siłą rzeczy wolniej, gdyż kiełbasa ważyła ok. kilograma). Do dziś mam w uszach okrzyk wściekłości wydany przez pozbawioną zagrychy czerwoną mordę, która ruszając w pościg przeklęła sprawcę kradzieży i jego potomków do 10-tego pokolenia. Okrzyk ten przeniknął również drewniane ścianki oddzielające mieszkania w baraku i wywołał na zewnątrz całą obecną tam społeczność – po chwili zwarty tłum prowadzony przez poszkodowanego ruszył tropem sprawcy (wraz z nimi i ja). Wydawało się, że kot nie ujdzie pościgowi, który deptał mu po piętach – został osaczony przy siatce posesji pana rejenta Kitlińskiego – jednakże zanim nadbiegła ariergarda grupy pościgowej kot w sobie tylko znanym miejscu przedostał się pod siatką do ogrodu Kitlińskich przeczołgując się ze zdobyczą. Czerwona morda postanowiła wraz z kilkoma „barakowiczami” forsować płot i zaczęła wspinać się po siatce, zakładając, że zgodnie z zasadami ówczesnego „państwa prawa” interes ogółu jest ważniejszy niż interes jednostki. Na ten moment nadszedł od wewnątrz rejent Kitliński gwałtownie protestując przeciw naruszaniu prywatnej własności i grożąc wezwaniem funkcjonariuszy M.O. To chwilowo ostudziło zapał forsujących, gdyż kontakt z milicją ( bijącym sercem socjalizmu) dla większości nie był pierwszyzną – toczyła się ożywiona dyskusja o praworządności socjalistycznej oraz porównywano warunki noclegu w przybytku na ul. Siennieńskiej z warunkami noclegu u siebie w baraku. Po chwili w ogólnym tumulcie przypomniano sobie jednak o sprawcy całego zamieszania i ponownie podjęto próbę forsowania płotu –wówczas rejent przytomnie zauważył, że kiełbasa prawdopodobnie została już przez kota zjedzona więc tym samym sprawa stała się bezprzedmiotowa. Zgromadzeni podzielili (o dziwo) punkt widzenia pana rejenta i pogodzeni z losem (że zagrycha przepadła) zaczęli się wycofywać do miejsc zakwaterowania. Alu – to tylko jeden z zapamiętanych przeze mnie epizodów, nie wykluczam, że przypomnę sobie jeszcze jakieś fajne historie…. wspólnie będziemy uzupełniać wspomnienia. Ukłony - Bohdan Grochowski –matura 1977.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nasze baraki to ludzie wiadomej proweniencji. Nie pamiętam tak na pewno, kiedy te baraki rozebrano na dobre.
      Mój brat przyjaźnił się z synem wspomnianego rejenta, Wojtkiem, też się w nim podkochiwałam, taki był ładny i miły. Nadal pozostał niezwykle ujmującym człowiekiem. Prowadzi Biuro Podróży na posesji rodzinnego domu, i Hania, siostra caly czas tam mieszka.
      Pozyczalismy książki od rejentowego syna, wszędzie były pieczątki, bardzo to mi sie podobało.
      A propos naszego bloku, to pamietam, jak zainstalowano nam hustawki z tyłu, tak gdzieś w III klasie chyba. Kolejką dyrygowała starsza kolezanka, chyba Ewa Sołtysówna, ale nie jestem pewna.
      Z Ewą Jeczeniówną cały czas jestem w kontakcie, ona też miała dwóch braci.
      Pozdrawiam z Gajówki.

      Usuń
    2. Ach Bohdanie pieknie to opisales - czytalem jak kryminal!!!
      Pozdrawiam pieknie Jacek 78

      Usuń
    3. Dzięki Alu, czytałam z zapartym tchem. Pozostałe komentarze również. Zawsze zazdrościłam humanistom polotu i lekkości pisania. Właściwie tym którzy mają "dar Boży" do pisania. Fajnie, będę tu zaglądać - jeśli można :) pozdrawiam serdecznie, komentujących również :) Bożena

      Usuń
    4. Dzięki i zapraszam. Znasz moje pierwsze wykształcenie i aktywność na u p.Śliwki. Lubię pisać. Bo rozumiem, że Bożenka Kwietniówna? Ale Ty od dawna znasz mój blog? To może Karpińska? Jakkolwiek to jest, dziewczyny dzękuję!

      Usuń